|
|
Blog > Komentarze do wpisu
(nie)opłacalne hobby
ile razy zdarzyło Wam się kupić bilety na koncert, na który nie mogliście pójść? albo kupić karnet na basen na pół roku i pójść raz? albo opłacić parking za rok i przeprowadzić się w inne miejsce po tygodniu? albo kupić pełne oprzyrządowanie do uprawiania jakiegoś sportu, który okazał się tylko tygodniową pasją? znam jedną taką, która kupiła sobie pianino po pierwszej lekcji gry i dla której ten instrument przez lata był jedynie wielkim namacalnym dowodem na posiadanie słomianego zapału a także świetnym miejscem do trzymania kapeluszy na... ;) macie podobnie? no wiem, że tak macie. to znaczy, mam nadzieję, że tak macie. bo ja tak mam w kółko. wczoraj po dłuższej przerwie poszłam na siłownię. zmądrzałam i nie kupuję już karnetów na jakiś okres, tylko na wejścia. bezpieczniej. jednakże okazało się, że karnet na wejścia też ma swój termin ważności, zdecydowanie za krótki jak na moje potrzeby. wkurzyłam się strasznie, bo nie lubię płacić za coś, czego nie skonsumowałam. wkurzyłam się okrutnie, bo zdarza mi się to notorycznie... gdybym podliczyła ile przez ostatni rok wydałam pieniędzy za coś, czego nie zrobiłam, to nóż się w kieszeni otwiera... nie wykorzystałam 4 biletów lotniczych, kart zniżkowych, biletów do teatru, biletów na festiwal, rabatu na kolejne zakupy, itd. nie wspominając o zakupie rzeczy, które w ogóle nie są mi potrzebne i których użyję raz, albo wcale... :( to takie nowe hobby. trzeba je opłacać. nie trzeba korzystać. piątek, 28 października 2011, jolinda
Komentarze
martuuha
2011/10/28 15:13:18
pianina nie mam, ale karnety na basen - owszem. Choć u mnie najczęściej to jednak było z koncertami. Kilka razy, o kilka razy za daleko.
2011/10/28 15:54:57
W takich wypadkach dobrze się urodzić z genami skąpstwa ;) Ja tak mam :D
Też miałam karnet na wejścia (ważny miesiąc), skończyło się tym, że w ostatnim tygodniu ważności byłam codziennie przez 5 dni z rzędu ;) 2011/10/28 15:56:59
No mnie nikt nawet nie powiedział, że karnet ma jakąś datę ważności... A regulaminów oczywiście nie czytam.
2011/11/03 16:53:04
Pewnie, Jola, po co szefowi czy menadżerowi czytanie regulaminów ;)
A tak na poważnie - jeszcze na nic się nie zapisałam takiego, o czym piszesz w notce [no nie mam kasy na takie rzeczy, nooo...], ale za to ile razy powtarzałam sobie, że będę regularnie prowadzić bloga, pisać po 5 stron powieści dziennie, zacznę pracę mgr na pierwszym roku, zamiast pod koniec drugiego... Póki co, jest jak jest ;) Ale nie jest najgorzej :D Pozdrawiam, Ewa |