RSS
wtorek, 14 lutego 2012
Kuba - cz.3
Nie wiem, czy to jest norma na tej szerokości geograficznej, ale kilka razy na Kubie padało i jednocześnie świeciło ostre słońce. Trochę dziwnie opalać się w deszczu, ale z naturą nie ma co walczyć, nie? Dziki kraj...



Wymiana gotówki.
Wymiana gotówki to jest rzecz zupełnie naturalna na wakacjach, nie? I w miejscowościach turystycznych nie powinna stanowić problemu, nie? Zwłaszcza w takim tworze, jakim jest Varadero (same resorty + kilka lokaleskich domków), nie?
Otóż nie. Nie na Kubie.
Na Kubie wymiana gotówki potrafi graniczyć z cudem, a z pewnością proces wymiany niebezpiecznie zbliża się do granicy wytrzymałości osób nieodpornych na absurd.
Bo w takiej turystycznej miejscowości jak Varadero wymiana gotówki zajęła mi o jakieś 3h za długo, by było to śmieszne ;)

Po śniadaniu odkryłam, że jestem totalnie spłukana i nie będę miała za co kupić lanczu, więc trzeba wymienić euraski. Udałam się do wskazanego punktu wymiany, bo w moim hoteliku nie mają pozwolenia na przyjmowanie płatności / wymianę euro. No trudno. Idę. Jedyne 11 przecznic. Se myślę, że jak punkt wymiany będzie zamknięty, to pójdę do pierwszego lepszego hotelu i wymienię. Może po gorszym kursie, ale przecież wymienię, nie? Tak pisały przewodniki...
Otóż nie. W dwóch 4-gwiazdkowych hotelach, do których weszłam zapytać nie było takiej opcji. Doczłapałam wreszcie do punktu wymiany. A tam co? Kolejka na kilkanaście osób, a punkt wymiany zamknięty. W teorii już od 10 minut otwarty, ale w praktyce zamknięty. Se myślę - o nie, kolejki na wakacjach to dla mnie za dużo. Pójdę se na plażę, poleżę se, wysączę za ostatnie pieniądze drinka i wrócę za godzinkę, gdy kolejka się rozładuje.
Wróciłam, kolejka nadal na kilkanaście osób, a punkt nadal zamknięty.
Znaczy się nie że zamknięty, tylko nie przyjmuje interesantów. Bo w środku pan czesze wąsa, pani liczy mamonę, ktoś zamiata, ktoś czyści lustro i ktoś reguluje radio. A strażnik pilnujący porządku stepuje w rytm radiowej salsy. Ale nikt nie przyjmuje turystów z walutą.
A jest południe. Żar. Wkurw. Głód w oko zagląda. Pieniędzy niet.

Po godzinie stania w kolejce, udało się. Można? Można.
I nie wymyślajcie szalonych pomysłów w stylu - przecież teraz wszędzie można płacić kartą. Nie można. Nie na Kubie. A nawet jeśli, to strach, bo jak raz dałam w restauracji kartę, to biegano z nią jak z gorącym kartoflem przez dobre 20 minut i dopiero po powrocie odetchnęłam z ulgą po sprawdzeniu, że żadnych lewych transakcji nią nie dokonano...

Z innych smaczków kubańskich - nigdzie nie zauważyłam przejścia dla pieszych. Nigdzie. Jasne, ruch jest niewielki i samochody poruszają się zdecydowanie wolniej niż w polsce, ale jednak... NIE MA przejść dla pieszych.
W Havanie widziałam jedno, którego zresztą prócz policji nikt nie respektował :)

Po tym jak udało mi się wymienić kasę postanowiłam ukoić swe nerwy lanczem. Lokaleskim rzecz jasna. Żadna tam restauracja. Gar kuchnia, krawężnik i ja.
Po drodze w ramach startera zanabyłam od przeuroczego młodego pana smażone kukurydziane bobki z sosem chilli. Skropione limonką. Mimo że ciężkie, bo tłuste, to jednak przez ostrość i kwaśność odświeżające. Ciekawe, czy fryty w takim zestawieniu też by dobrze smakowały...






Obiad zjadłam na krawężniku razem z taksówkarzem, który wiedział, że NIC nie rozumiem, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało i ciągle do mnie gadał. Jestem prawie pewna, że opowiedział mi o losach swojej rodziny, o tym jak to jest ciężko, jak pomaga dzieciom, bo im jest jeszcze trudniej i jakie to czasy są beznadziejne i że kiedyś może i nie było dużo lepiej, ale chociaż benzyna była tańsza.
Gadał tak i gadał i wydłubywał z ryżu fasolę z obrzydzeniem, jakby to były mysie łapy co najmniej. A przecież fasola jest tutaj naturalnie wpisana w ryż. Nie widziałam chyba "czystego" ryżu nigdzie. Dość to zabawne było. To tak, jakby polak z zawziętością oskubywał panierkę z kotleta schabowego ;)






coco nut taxi

Czy ja już mówiłam, że woda mineralna w sklepie kosztuje więcej niż piwo w knajpie w hotelu? Nooo... doprawdy wybór co pić był mocno trudny ;)



Na kolację wybrałam się do knajpy celem pożarcia nieprzyzwoicie taniego (jak na standardy europejskie) homara. Do takiej knajpy, co to za dnia wyglądała na taką lepsiejszą.
Jeeezu. Nie róbcie tego błędu.
W Varadero ludzie, turyści znaczy, chyba boją się wytykać nosa poza hotel. Wszędzie jest pusto, aż strach spacerować, chociaż wszyscy powtarzają, że jest bezpiecznie. Nie ma przyjemności w chodzeniu po pustym, naprawdę pustym miasteczku.
Restauracji turyści też unikają, bo to przecież trzeba płacić, a opaska all inclusive nie załatwia sprawy. (Na kilkadziesiąt hoteli tylko dwa są nie-all-inclisive'owe, nie?)
No więc okazało się, że prócz mnie w restauracji jest tylko parka Rosjan. I kapela. Kapela żądna krwi! ;)
Zaczęli grać. Sympatycznie nawet, pod warunkiem, że nie staliby jakieś pół metra od mojego ucha. I nie, nie usiadłam koło orkiestry mając do dyspozycji 40 wolnych stolików. Nie. To orkiestra przylazła do mnie. Umilać mi czas. Aaaalbo zgodnie z dowcipem - po to, żebym zapłaciła im by przestali grać. LITOŚCI!
Homar niestety był paskudny. I to absolutnie wszędzie, gdzie go spróbowałam na Kubie. Nie dlatego, że homary mi nie smakują. Te jedzone w Azji były BOSKIE. Te tutaj były uprażone / zesmażone / zgotowane / wysuszone na wiór. Przyrządzone jedynie z odrobiną soli, albo i nie.





no dobra, na zdjęciu wygląda to dobrze... ale wierzcie mi, smakowało zupełnie nijak :(


14:46, jolinda
Link Komentarze (8) »
wtorek, 03 stycznia 2012
Kuba - cz.2

Kuba jest specyficzna i jak już pisałam - wcale nie tania. Jeśli się przyjeżdża do hotelu 4-5*, to w zasadzie nie ma innej opcji niż all inclusive, więc koszt butelki wody, czy piwa nie robi wrażenia. Ja jednak stołowałam się poza hotelem i za wszystkie napoje, które spożywałam musiałam zapłacić dodatkowo. Jak się później okazało - piwo w barze hotelowym było o połowę tańsze niż w sklepie!
I tak:
- kawa - 1eur
- 1,5l wody - 1-2 eur
- piwo lokalne 0,3l - 1,5-2 eur
- mojito w barze - 1-2 eur
- t-shirt z che - 15 eur
- cygaro (brandowane, w etui) - 18 eur
- butelka najtańszego rumu - 7 eur
- butelka lepsiejszego rumu - 20 eur
- kolacja w knajpie - 10-15 eur / osoba
- obiad lokaleski z obwoźnego straganu spożywany na krawężniku - 3 eur
i tak dalej.

Czyli ceny jak w europie w zasadzie. Jakość większości produktów niestety drastycznie inna. W zestawieniu z ich zarobkami te ceny to oczywiście kosmos. Dlatego Kubańczycy nie stosują żadnej taryfy ulgowej. Ceny dla turystów za owoce, napoje i pamiątki są strasznie wysokie i nie udało mi się utargować więcej niż 5-10% nigdy. Czasami pomagało, gdy mówiłam z jakiego jestem hotelu i pokazywałam, że nie jestem zaobrączkowana opaską "all inclusive" na ręce. Bardzo mnie to frustrowało, bo o ile za butelkowaną wodę w sklepie mogę przepłacać, skoro tak to działa, to za pierdoły, które Kubańczycy sami produkują z kokosa, skóry, drewna, itd. nie chciałam płacić wywrotek pieniędzy... Ale oni woleli nie sprzedać, niż zejść do przyzwoitego poziomu.
A poza wszystkim nie było co kupić - czapeczki zrobione z puszek po coli oraz torebki wyprodukowane z plecionych zawleczek po napojach w puszkach nie trafiają w mój gust. Nawet na wakacjach ;)



Internet.
W przewodniku naczytałam się, że z internetem to jest więcej słabo, ale oczywiście w lepszych hotelach da się z niego skorzystać.
Zatem pierwszego dnia pytam w recepcji mojego hotelu, czy jest może internet.
No nie, teraz nie ma.
Aha. A kiedy będzie?
Nie kotku, jesteś na Kubie, internetu nie będzie.



Z ciekawości poszłam do lobby hotelu 5* i zapytałam o to samo. Pani z szerokim uśmiechem wskazała mi JEDNO stanowisko komputerowe. Pożółkły IBM stał i się lampił i jakoś nikt z niego nie korzystał.
Potem okazało się dlaczego.
8 eur / pół godziny, oszałamiająca prędkość starego modemu oraz cenzura.
Wszystko razem sprawia że za te 8 euro można odebrać i odpisać na jednego maila i to kombinując...



Przed wyjazdem znajomi mówili mi, że bieda, że Kubańczycy za wszystko co kolorowe i niedostępne w komunizmie będą bardzo wdzięczni. Że rajstopy, czapeczki i inne.
No więc NIE. Kilka razy próbowałam chociażby zbić cenę ofiarując kolorowe kosmetyki, próbki perfum, kolczyki, czy inne pierdoły, które ze sobą zabrałam. W zasadzie nikogo to nie ruszało. Może to "czar" miejscowości turystycznej, gdzie pozyskać rajstopy nie jest aż tak trudno, a może kombinują jak Polacy w PRLu, a może wcale nie jest tak źle, tylko trzeba wiedzieć gdzie i kiedy takie rzeczy kupować. Bo rzeczywiście, w sklepach szminek, ani pończoch nie widziałam :)
W każdym bądź razie, jedynymi zadowolonymi z moich giftów wydawały się być pokojówki. Za kilka gazetowych gadżetów zostawiały mi karteczki z życzeniami miłego dnia i układały kompozycje ze świeżych kwiatów i ręczników na łóżku.

Pisząc o pończochach przypomniała mi się strażniczka na lotnisku w Varadero. Ubrana w zielony mundur policyjny, z bronią przy pasku, umalowana jakby właśnie wracała z karnawału w Rio, miała na sobie kabaretki z kolorowym motywem kwiatowym oraz czerwone szpile...



Kierując się rekomendacją przewodnika, wybrałam się na lancz do knajpy, gdzie swego czasu zbierali się i muzykowali członkowie Buena Vista Social Club. Zamówiłam coś, co było polecane przez szefa kuchni i już po 25 minutach przybyło do mnie na talerzu pół świni w plasterkach... Samo mięso.
Się mocno zmartwiłam, bo ani nie jestem specjalnie żarłoczna, ani mięsolubna, no ale.. zaczęłam jeść. Po kolejnych 20 minutach, gdy zjadłam 1/4 porcji mięsa i pękałam już w szwach doniesiono dodatki - ryż, fasolę oraz chleb...
EH.
Cała przyjemność kosztowała mnie 25 eur i masę nerwów, gdy biegano z moją kartą kredytową jak z gorącym kartoflem. Od baru, na zaplecze, przed budynek, do baru, na zaplecze, do baru i wreszcie z wydrukiem do podpisu. To była pierwsza i ostatnia próba zapłacenia kartą kredytową na Kubie.



14:13, jolinda
Link Komentarze (8) »
niedziela, 01 stycznia 2012
Kuba - cz.1
Pierwsze wrażenie z Kuby jest takie, że ten kraj jest dla nich za duży.
Wszędzie jest pusto. Wielkie puste place, puste ulice, puste sklepy, puste plaże i puste bary.
Ok, początek grudnia to nie jest może środek sezonu, ale wylądowałam w najbardziej turystycznej miejscowości na Kubie i w zasadzie nie widuję turystów...



Plaża.
W zasięgu wzroku: samotna matka z dzieckiem, przezroczysta wręcz Norweżka, dwóch lokalesów sączących rum w cieniu palm, pies, krab i ja. Najbardziej turystyczna miejscowość w kraju, nie? :)

Plaża jest tak pusta, że gdy tylko brzegiem przechodzą jacyś ludzie, mam ochotę robić im zdjęcia, jako obiektom niespotykanym na Kubie ;)
Smutna prawda wyszła na jaw po 3 minutowym spacerze w jedną i drugą stronę. Owszem są na wyspie turyści, acz nie wyściubiają swoich białych nosów poza hotel, gdzie mają all inclusive, baseny, animacje, naukę salsy, frytki i hamburgery 24/7 i całą tę turystyczną szopkę.  Ludzie zachowują się jakby byli na smyczy swoich pięciogwiazdkowych hoteli. Nie odejdą poza teren, który jest obsługiwany przez kelnerów roznoszących plastikowe kubki z kolorowymi słomkami. Przecież mogłaby im się skończyć woda / rum / wódka, a jak tu bez drinków przeżyć w tropikach?!? ;)

W moim hotelu, najtańszym w mieście, nie było w zasadzie białasów, kręciło się kilka osób, ale byli to głównie lokalesi na wakacjach. Na śniadanie serwowano nam owoce i dość paskudną kawę i plasterek czegoś, co w ich odczuciu musiało być wędliną, a w moim było lekko barwioną i nasączoną solą tekturą. Przeżyć się na tym całej doby nie dało, więc musiałam ruszać tyłek poza trasę łóżko - plaża ;)

Na mojej części plaży, tej najbliżej mojego hotelu nie ma w zasadzie nikogo. Cisza, spokój, biały mączny piasek, turkusowa ciepła woda... Przeszkadza tylko ujadający na kraba pies. Pies na kraby. Znalazł takiego, co wylazł z nory i strasznie na niego ujada. Chyba chce się bawić, ale widocznie krab nie jest w nastroju... ;)

Sklepy.
Sklepy mają ogromne. I pewnie dlatego tak pięknie wyeksponowana jest w nich pustka, która świeci i mieni się na półkach. Oraz uwypukla się samoistnie uczynność 8 osób załogi, która zabija wzrokiem, gdy musi się odwrócić do klienta twarzą rezygnując na chwilę z plotek i kawy.
Ocet, fasola i cygara.



Tutaj należałoby chyba wspomnieć, że są również sklepy dla turystów, takie Pewexy. Pamiętacie. One znacząco różnią się asortymentem, ale występują tylko w miejscowościach turystycznych i obfitują głównie w napitki.
Ale i o walucie muszę.
Inna jest dla turystów, a inna dla lokalesów. Inne banknoty, monety, wszystko. Mnie nie udało się pozyskać CUP, czyli lokalnej waluty, ale nie jest to niemożliwe. Jednak nie bardzo jest gdzie nią płacić poza lokaleskimi sklepami, w których nic nie ma oraz na straganach z warzywami... Za resztę rzeczy, nawet za torebki zrobione z kokosa, koszulki, czy rum, wołają w walucie turystycznej. Zaraz Wam wytłumaczę dlaczego :)

Takie małe ćwiczenie na wyobraźnię.
Chcę kupić cygaro, w sklepie dla kubańczyków.
Pytam ile. 1 CUC, czyli jedno peso wymienialne, waluta turystyczna.
Za chwilę przychodzi lokales i płaci za 3 cygara 1 CUP, czyli jedno peso niewymienialne, waluta lokalna.
I to, że mnie 3 razy na jednym cygarze przekręcono to pikuś.
Ale uwaga 1 CUC = 24 CUP!!! Czyli przepłaciłam 3x 24, nie? 72 razy... :))) Czy to się komuś mieści w głowie?
Cygaro kosztowało mnie 4 zeta, więc nie ma lamentu, ale tak było absolutnie ze wszystkim. Ceny dla turystów są takie jak w europie niemal, czyli KOSMICZNE biorąc pod uwagę, ile oni zarabiają... Niestety w związku z podwójną walutą, niewiele z tej kasy trafia bezpośrednio do Kubańczyków, bo z wymianą jednej na drugą jest masa ceregieli (a podejrzewam, że dla Kubańczyków również podatków).

No ale wracając na plażę.
Pojawił się ratownik i leżakownik w jednej osobie. Przyszedł, przywitał się, obwieścił, że to on mnie będzie ratować jakby co i że nazywa się Raul oraz z radością przyniesie mi leżak.
Po wykonaniu tego trudnego zadania, które wydawało się być jego jedynym punktem na dzisiejszej liście TO DO, zajął się sobą. Wszedł do wody po kolana i brzytwą zaczął sobie golić klatę i ramiona... Może i bym się skrzywiła, ale byłam już lekko nasączona rumem i jakoś widok ten wydał mi się bardziej śmieszny niż obleśny :)

No więc sączę sobie drinki donoszone przez Raula, słucham muzyki, nasłoneczniam jolkę, czasami ją namaczam w cudnej urody wodzie i generalnie relaksuję się do granic przyzwoitości. Niestety granice te przekracza Raul, który po 3 zamienionych ze mną słowach już wie, że chciałby spędzić ze mną resztę życia i nie odstrasza go ani śnieg i mróz, ani bariera językowa. Gdy po kilku drinkach pławiąc się w błogostanie udaje mi się zasnąć na słońcu, Raul budzi mnie dotykając moich ust mokrym kokosem... I tak co mniej więcej pół godziny.
No kokos pyszny, świeży, ociekający sokiem. MNIAM. Ale taki sen przerywany staje się niemal tak frustrujący, jak stosunek przerywany (jak podejrzewam) ;) Po trzecim razie odzyskałam pamięć. Przypomniałam sobie w rozmowie z Raulem, że mam w domu kochającego męża, trójkę dzieci, a tutaj na Kubie jestem z ciocią, która po prostu nie lubi słońca i siedzi w barze w hotelu.

Dostałam już 4 oferty ślubu. Nieźle jak na pierwszy dzień :). Z czego jedna była od piłkarza grającego Szwecji albo Szwajcarii, ciężko wyczuć...
To jest ta dobra wiadomość.
Zła jest taka, że ewidentnie lubią moją figurę. Cmokają i klaszczą, gdy przechodzę. Trrrrrrrroszkę mnie to martwi...
I jasne, jestem samotną kobietą na wakacjach, czytaj łatwym łupem z odpowiednim paszportem, ale na chude Rosjanki, z których wysącza się wódka, gdy tylko je lekko ucisnąć palcem, tak nie reagują. Wiem, bo próbowałam zbypasoować zainteresowanie moją osobą ;)









19:53, jolinda
Link Komentarze (4) »
czwartek, 01 grudnia 2011
dobra możliwość - uratować komuś życie

kiedyś dawno, zachęcona przez kogoś na fejsbook'u, zapisałam się do bazy DKMS. To fundacja zrzeszająca dawców komórek macierzystych wykorzystywanych w walce z białaczką.
głównie dlatego, że po pierwsze, wszystko da się załatwić przez internet, nigdzie nie trzeba chodzić.
cały wysiłek to rejestracja, pozostawienie swoich danych i tyle.
potem pocztą przychodzi przesyłka z pałeczką, którą sobie trzeba pogmerać w ustach. zapakować pałeczkę w załączoną kopertę i wrzucić do skrzynki.
no nieprawdopodobny wręcz wysiłek, który może sprawić, że komuś uratuje się życie.
zapisałam się, zaprosiłam znajomych do tego samego.

i skorzystał z mojego zaproszenia Artem.
być może masa innych osób też i chwała im za to.
piszę o Artemie akurat, ponieważ to jemu przypadła trudna, ale i piękna rola dawcy.
fundacja odezwała się, że mają kogoś, kto potrzebuje jego pomocy, Artem zgodził się pomóc i ta-daa! uratował komuś życie.
zabieg nie był wcale bolesny.
zresztą - poczytajcie sami.
ja się wzruszyłam, gdy tylko Artem dał mi znać, że spotkało go coś tak nieprawdopodobnego!

mimo, że mój udział w przedsięwzięciu był minimalny, jestem kosmicznie wręcz dumna, że miałam chociażby nikły wkład w TAKĄ akcję.
z całego serca życzę Wam i przy okazji sobie, żebyście mogli komuś pomóc. myślę, że nie może być bardziej uskrzydlającego uczucia.

Artem, jesteś wielki! :)

21:36, jolinda
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 14 listopada 2011
Głupia Rura!
przy fabrycznej taśmie pojawił się nowy pracownik.
rozmawiamy o wszystkim i o niczym. poznawczo. badawczo.

zeszło nam na moją poprzednią fabrykę.
- no tak, tak... w tej firmie musi być inaczej. niesamowici ludzie tam trafiają... albo ich ta firma przyciąga, albo sami się tam pchają.
- noo... trochę tak, pewnie i to i to.
- noo... byłem raz na takim evencie... impreza branżowa. masa prezentacji... i była jedna osoba z tej twojej ex firmy. i to była jedyna prezentacja jaką pamiętam. wyszła i zaczęła od tego, że operator nie jest głupią rurą. niesamowite. spodziewałem się chrzanienia o komórkach, blablabla, jesteśmy najlepsi, cenniki, no głupoty... a tu wychodzi laska i pierwsze co mówi, to że operator nie jest głupią rurą, chociaż wszyscy tak myślą. a potem było tylko ostrzej... nikogo innego nie byłoby stać na taką prezentację.
- taaak...?
- niesamowite to było. od razu złapała uwagę sali. a łatwo nie było, bo wszyscy już po kilku drinkach...

urosłam o jakieś 27cm :)








16:15, jolinda
Link Komentarze (11) »
piątek, 11 listopada 2011
mam to!

muszę Wam to powiedzieć!
bo mam pomysł na książkę.
wykiełkował.
mieliłam i mieliłam temat w sobie, aż wreszcie wyplułam wynik.
przy pomocy kolegi z pracy. opowiadałam mu przy lanczu historię, lekko tylko podbarwioną. a on na to: nieee nooo.. to jest temat na książkę!
i przetrawiłam ten komentarz.
i tak, chcę to spisać.

i jestem koszmarnie podniecona.
i jak to ja, natychmiast pisałabym podanie o 2 tygodnie urlopu, żeby spisać kłębiące się myśli.
temat mam, szkielet historii też... brakuje tylko SŁÓW. a one są we mnie. czuję jak wystają przez skórę....

no i oczywiście przychodzi refleksja, że taka ze mnie pisarka, jak z koziej dupy trąba.
bo czytać to nawet umiem ;) a książki pochłaniam. ale pisać?
pisać to trzeba umieć.
z polskiego zawsze miałam więcej średnie oceny, bo nie trzymałam się założonej formy, ram, schematu. bo nie spływałam dowodów po leniwym nurcie w dół rzeki słów... do zbiornika wniosków założonego z góry przez polonistę.
no i boję się koszmarnie.
od czego zacząć i jak?
to na 99% będzie grafomaństwo w najczystszej postaci.
ale ja jak widać lubię grafomaństwo.
Wy też, skoro to czytacie :)))

czy jest na sali pisarz?

no.
napiszę, nie?
napiszę.

21:48, jolinda
Link Komentarze (20) »
piątek, 04 listopada 2011
nauka na błędach

jak to jest, że człowiek ważnych rzeczy może w życiu nauczyć się tylko na błędach? i to własnych?

nie wierzy się że język na mrozie przyklei się do trzepaka dopóki samemu się tego boleśnie nie sprawdzi.
nie ma siły, dopiero gdy się dorośnie można docenić beztroskę dzieciństwa, bo jak się ma te kilka lat posiadane problemy wydają się być większe niż Himalaje.
absolutnie nie ma takiej opcji, żeby woda w morzu mogła być zimna w słoneczny letni dzień, trzeba to własną gołą nogą sprawdzić.
balet mi się znudzi po kilku lekcjach?!? NIEMOŻLIWE, będę najbardziej zapaloną baletnicą świata. przez dokładnie 4,5 lekcji.
przywiązanie do powiedzenia "nie pytaj, jeśli wolisz nie znać odpowiedzi" nigdy nie jest silniejsze niż potrzeba zaspokojenia ciekawości.
nie wierz nigdy kłamcom i ludziom, którzy cię zdradzili. jeśli zrobili to raz, zrobią raz jeszcze. nieee, ludzie się zmieniają, jestem głęboko przekonana, że on teraz... teraz mnie ZNOWU okłamał?!?

zła wiadomość jest taka, że niestety z wiekiem się w tych kwestiach nic nie zmienia. nie mądrzeje się i nadal często rozpoznanie świata następuje bojem.

eh.
stara a głupia.
16:45, jolinda
Link Komentarze (2) »
niedziela, 30 października 2011
przed śmiercią...
chciałabym w życiu wiele.
wszystko najlepiej.
a tak konkretniej to już trochę trudniej.

czy pilotowanie samolotu by mnie uszczęśliwiło?
czy może koniecznie muszę sobie kupić szpilki od manolo blahnik?
czy też chciałabym kiedyś sfinansować studia jakiemuś biednemu dzieciakowi?
a może tylko zdobycie mistrzostwa świata w jakiejś dziedzinie by mnie uszczęśliwiło ostatecznie?




chciałabym napisać książkę.
nie zraża mnie zupełnie fakt, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia... :)


19:34, jolinda
Link Komentarze (9) »
piątek, 28 października 2011
(nie)opłacalne hobby

ile razy zdarzyło Wam się kupić bilety na koncert, na który nie mogliście pójść?
albo kupić karnet na basen na pół roku i pójść raz?
albo opłacić parking za rok i przeprowadzić się w inne miejsce po tygodniu?
albo kupić pełne oprzyrządowanie do uprawiania jakiegoś sportu, który okazał się tylko tygodniową pasją?

znam jedną taką, która kupiła sobie pianino po pierwszej lekcji gry i dla której ten instrument przez lata był jedynie wielkim namacalnym dowodem na posiadanie słomianego zapału a także świetnym miejscem do trzymania kapeluszy na... ;)

macie podobnie?
no wiem, że tak macie.
to znaczy, mam nadzieję, że tak macie. bo ja tak mam w kółko.

wczoraj po dłuższej przerwie poszłam na siłownię.
zmądrzałam i nie kupuję już karnetów na jakiś okres, tylko na wejścia.
bezpieczniej.
jednakże okazało się, że karnet na wejścia też ma swój termin ważności, zdecydowanie za krótki jak na moje potrzeby.

wkurzyłam się strasznie, bo nie lubię płacić za coś, czego nie skonsumowałam.
wkurzyłam się okrutnie, bo zdarza mi się to notorycznie...

gdybym podliczyła ile przez ostatni rok wydałam pieniędzy za coś, czego nie zrobiłam, to nóż się w kieszeni otwiera...
nie wykorzystałam 4 biletów lotniczych, kart zniżkowych, biletów do teatru, biletów na festiwal, rabatu na kolejne zakupy, itd.
nie wspominając o zakupie rzeczy, które w ogóle nie są mi potrzebne i których użyję raz, albo wcale... :(

to takie nowe hobby.
trzeba je opłacać.
nie trzeba korzystać.

14:11, jolinda
Link Komentarze (4) »
środa, 26 października 2011
Służące - The Help

Poproszono mnie o recenzję filmu Służące na podstawie książki o tym samym tytule.
Książkę połknęłam, a film jak dla mnie mógłby trwać dodatkowe dwie godziny, bo i jedno i drugie samo się wchłania przez oczy.



O co cho?
Służące to historia o kobietach. A więc od razu duży plus ;-)
O kobietach skrajnie rożnych, a zarazem jednak podobnych. O białych lalach Ameryki i ich czarnych pomocach domowych (mimo że często sformułowanie "służąca", czy "niewolnica", lepiej oddaje relacje je wiążące).

Służące to rzecz o problemie dyskryminacji rasowej. Temat ważny, trudny, ale podany tak, że nie powoduje niestrawności, bo poprzez opowieści o przyjaźni, pracy, miłości, dzieciach, zarobkach... o życiu.

Historia opowiada o tym, jak to jedna biała dziewczyna z ambicjami pisarskimi, która średnio przystaje do pozostałych białych pań domu, decyduje się napisać książkę o tym, jak to jest być kolorową pomocą domową w Mississippi w latach 60. Na szczęście nie sama, a z pomocą służących.
Służące się boją zemsty białych pracodawców, autorka - Skeeter - naraża się na ostracyzm społeczny. Mimo wszystko obie strony przekonują się do pomysłu i kolorowe służące decydują się, żeby książka stała się ich głosem. Niestety nie można jej podpisać ani białym, ani czarnym nazwiskiem, więc piszą ją wspólnie, anonimowo i w wielkiej tajemnicy...
Skeeter spisuje wszystkie - dobre i złe, a także te najbardziej koszmarne i ukrywane historie z życia czarnoskórych pomocy. Dorzuca również własną, o służącej która ją wychowała i którą kochała.
Powstaje mieszanka dramatu, komedii i faktów historycznych, a wszystko na tle budującej się przyjaźni pomiędzy Skeeter i pomocami.



Jak dla mnie absolutną rewelacją i wartością samą w sobie jest postać Minny. Uparta, silna, krnąbrna, doświadczona przez życie i przefantastyczna kobieta, którą pokochacie, gdy tylko pojawi się w książce, czy na ekranie. W zasadzie nie wiem, gdzie Minny była bardziej Minnowata - w mojej głowie w trakcie czytania książki, czy na ekranie. ŚWIETNIE zagrana rola. Kobieta, która żadnej pracy się nie boi, odszczekuje się kiedy trzeba i działa bez chwili zastanowienia, gdy chodzi o sprawy najważniejsze. Jeśli temat dyskryminacji rasowej Was nie przekonuje, to gwarantuję, że Minny Was przekona że warto było zobaczyć ten film.
Warto również przeczytać książkę... wiele wątków w fabule zostało delikatnie zmienionych, więc niezależnie od tego, co wybierzecie jako pierwsze, będziecie mieli ogromną przyjemność z czytania lub oglądania.



Serdecznie polecam.

14:24, jolinda
Link Komentarze (3) »
sobota, 22 października 2011
dzieciaci kontra bezdzietni


zaczęło się niewinnie.
od wspólnego narzekania :)
a to przecież łączy polaków jak nic innego.
drogo, zimno, dziurawe drogi, kulawa służba zdrowia, tak rządzą panie, błaźni a nie politycy, brzydko że pękają oczy, KORKI...
jakoś nam zeszło na socjal, który oferuje państwo. oraz na socjal jaki oferują pracodawcy.
dla rozładowania atmosfery zaczęłam opowiadać, jak to mój poprzedni pracodawca lubił rozpieszczać ludzi.
sekcja narciarska, dzięki której za grosze można poszusować na fajnych stokach.
sekcja kite-surfingowa, która organizuje sobie dofinansowywane wypady na hel, celem szkolenia swych umiejętności w kitowaniu ;)
sekcja żeglarska, tenisowa, szybowcowa... i milion innych.
karty uprawniające do korzystania z pińciuset przybytków poto-wyciskających.
bilety do kina.
szkolenia, służbowozy, opieka medyczna, ubezpieczenia.
eventy z darmowym jedzeniem i piciem :)
oraz paczki z okazji dnia dziecka i świąt + milion atrakcji dla dzieci pracowników.

tak, są tacy pracodawcy.
i tak, mnie też jest przykro że nie wszyscy idą drogą rozpieszczania celem uwiązania ;)

w ramach żartu opowiedziałam, że z tymi paczkami to była niezła przeginka, bo prezenty dla dzieciaków były profilowane (wiek & płeć) i że były naprawdę zajebiaszcze. jak na moje oko każdy wart dobrych kilka stów, więc zgłosiłam swojego zwierzaka na listę dzieciową, ale nic nie dostałam i że poczułam się pominięta i oszukana.

niedzieciaci w śmiech i kiwają głowami.
dzieciaci do ataku!

- ale że jak to niesprawiedliwe.

no to mówię, że niesprawiedliwe, bo każdy z dzieciatych dostawał te prezenty, eventy dla dzieci, itd. że jak ktoś miał troje, to wyciągał z tych giftów i kasy, którą firma wykładała na dzieci pracowników, dodatkową, 13-pensję niemal...

- ale że to chyba super i że tak być powinno. i że w zasadzie niedzieciaci powinni się składać na te DARY, nie mówiąc już o tym, że powinni płacić wyższe podatki. bo są antypatriotycznymi egoistami, których będą musiały utrzymywać dzieci innych, którzy na nie przez całe życie łożyli, więc niech się bezdzietni nie burzą, tylko dokładają do utrzymywania przyszłości narodu.

no się we mnie zagotowało.
ale jeszcze żartem próbuję się bronić.
że kot/pies jest bardzo pro dla kraju. żre, generuje zniszczenia oraz ma zachcianki, które każdy właściciel zwierzaka spełnia paląc plastik w lecznicach i sklepach zoologicznych. wydatki. wydatki z prywatnych kieszeni dla państwa są dobre. patriotyczne wręcz ;)

- NIE. nie masz dzieci, płać karę.

no to tłumaczę, że się na to nie zgadzam. że taki system prowadzi do tego, że bezdzietni mieliby utrzymywać dzieciorobów. to nie fair. że w anglii masa ludzi uznała, że to świetny pomysł na życie i NICZEGO w życiu nie robią, tylko płodzą dzieci, a państwo ich utrzymuje. finał jest taki, że albo możesz spłodzić 5 dzieci i dostać od państwa dom oraz kasę na "godne życie", albo możesz wypruwać sobie flaki w korpo i spłacać kosmicznej wielkości kredyt... coś tu stanęło na głowie.

- no ale przecież dzieci to przyszłość. a utrzymanie dziecka - kosmos.

no to nie rób sobie dziecka, jak cię nie stać. ja nie kupuję sobie najnowszego merca i nie wyciągam ręki do państwa / firmy w której pracuję o dofinansowanie, bo mnie nie stać na utrzymanie samochodu, prawda?

nie ogarniam, naprawdę.
dlaczego ludzie, którzy zdecydują się na dziecko sądzą, że taka pomoc im się NALEŻY?
dlaczego tak bardzo nienawidzą bezdzietnych?
dlaczego chcą ich karać?
w tym ludzi, którzy nie mogą mieć dzieci, gejów, chorych, itd.
WTF?!

przecież podatki i składki na socjal w firmach opłacają wszyscy, niezależnie od stanu zadziecenia.
z moich pieniędzy dzieci, których nie mam, mogą chodzić do szkoły, korzystać ze służby zdrowia, dostawać dofinansowanie do biletów, itd.
z moich pieniędzy dostają paczki na dzień dziecka i święta, malowanie twarzy i tarzanie się w balonach.

Was też to rusza?



19:07, jolinda
Link Komentarze (27) »
wtorek, 18 października 2011
złodziejstwo

zawsze mi wmawiano, że jestem cyganką, rumunką, albo przynajmniej złodziejką :)
zresztą wcale się nie dziwię, jak się ma taką wredną twarz, to co sobie niby o mnie myśleć mają.

ale dzisiaj te wieloletnie proroctwa się ziściły.
UKRADŁAM.

znacie ten klimat - hipermarket, dwie zgrzewki wody na końcu wózka, z lenistwa wyjmuję na taśmę jedną i mówię pani kasjerce, że dwa razy.
noo...
pani po korpo szkoleniu - jak dorwać złodziei - uważnie spogląda na mój wózek. podnoszę eko-torby, żeby się nie denerwowała, że coś tam schowałam, wiem że to jej robota i że może nie każdego podejrzewa o wynoszenie golarek, puszek kawioru, albo drobnych kosztowności.
piiik-piiik-piik...
382 piiki później płacę i odjeżdżam na parking.
przekładam torby, sapię, wkładam do bagażnika.
i wtedy widzę ZAPALARKĘ.
w wózku.
tę samą, którą oglądałam przez 10 minut, bo w zasadzie nie jest mi potrzebna. ale jest taka zajebista. ale nie potrzebuję. ale tylko kilka złotych. ale po co. ale będzie pasowała. ale gdzie powieszę. ale taaaakie kolory?!? no i wzięłam.
wiedziałam, że będzie moim bezużytecznym wyrzutem sumienia, moją etykietką BEZMYŚLNY KONSUMENT w domu, no ale się zakochałam i co zrobić.

i teraz leży sobie w koszyku. luzem.
za zgrzewką wody.
i nie pamiętam, czy ją wykładałam na taśmę.
UKRADŁAM.
ale z drugiej strony nie pamiętam też wykładania dwóch pudełek karmy dla kota, a przecież z pewnością za nie zapłaciłam.
NIEEE... ZAPŁACIŁAM. Na bank.
ale dlaczego leży za zgrzewką wody, a nie w torbie?
UKRADŁAM...
bo pewnie wypadła, naładowałaś z górką, to się sturlała. lekka jest.
CZYŻBY...?!?
spoko, przecież masz paragon, sprawdź i po sprawie.
no mam. tylko gdzie?
zawsze wrzucam do torby. więc jest gdzieś między tymi milionami rzeczy, które kupiłam. jest na pewno. ale to tak, jakby mordor go pochłonął. bez światła i małego hobbita go za chiny ludowe nie wygrzebię.

w domu oczywiście okazuje się, że nie dość, że zapalniczki na paragonie nie ma, to jeszcze po dokładnym przestudiowaniu (czego nigdy nie robię), okazuje się, że pani kasjerka policzyła mi za jeden pęczek pietruszki, a mam dwa, oraz za dwa mango, a wzięłam avocado. olać.
ale zapalarki nie ma.
KRADZIEŻ.

sądzicie, że oddałam zapalarkę, czy nie?
na parkingu jeszcze podjęłam decyzję, że pójdę za nią jeszcze raz zapłacić?
wróciłam dopiero, gdy zobaczyłam paragon?
nie zrobiłam nic?

a teraz mała zmiana realiów.
a gdyby to był mały osiedlowy sklep?
pewnie większość z Was by obstawiła, że poszłam wyrównać rachunek, bo przecież nie chcę mieć kwasu z właścicielem sklepiku, który jest w moim bloku i który odkłada mi ostatnie dwie butelki ulubionego wina w piątek ;)

no ale powiedzcie, czyż ona nie jest grzechu warta? :) ma tak ze 30 cm długości i piękny płomień :)


oczywiście kolory są przekłamane lekko, bo zapalarka jest turkusowa i ma oczojebne różowe wstawki. ale chyba na pierwszy rzut oka widać, że musiałam ją mieć, nie? ;)))


20:55, jolinda
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 17 października 2011
związki zawodowe

w pracy mam cudowną atmosferę.
jasne, czasami jest sraczka i wtedy trochę śmierdzi, czasami zrobi się straszny syf i wtedy muszę chwycić za miotłę i pozamiatać, a czasami muszę wejść w jakże dogłębnie znaną mi rolę matki ;) i utulić moje działowe dzieciątka, którym ktoś właśnie nadepnął na odcisk.
ale zasadniczo, generalnie i prawie zawsze atmosfera jest super.
ludzie sobie dokuczają, ale na poziomie nie przekraczającym pewnych granic. są wspólne wyjścia na herbato-kawy i lancze, a także zwykła ludzka uprzejmość polegająca na "idę do sklepu, coś ci kupić?" dzięki której od prawie roku nie kupowałam pieczywa, gdyż mam od tego swoich ludzi oraz piekarnię tuż obok fabrycznego wieżowca ;)

generalnie sielana.

i co przerywa tę idyllę?
telefon.
od żony, męża, brata, ojca, matki, albo tresowanego chomika. telefon z tak zwanego domu.
bo jak dzwoni telefon od żony, to panowie zamieniają się z uczynnych i rycerskich kolegów z pracy w jęczydupę / szantażystę / skąpca, albo inne pokrewne w stosunku do dzwoniącej żony. poważnie, nawet twarz im się zmienia na czas rozmowy. tężeje i przyjmuje taki bardziej kartoflany kształt.

dokładnie to samo jest, gdy dzwoni mąż do żony.
o, mądrala znów wydzwania. brokułów sam ugotować nie umie... co on by beze mnie zrobił... "- no czego znowu nie zrozumiałeś, ile razy mam ci powtarzać...". a odkładając słuchawkę znów staje się królową taśmy i mistrzynią ciętej riposty.

nieprawdopodobne.

do mnie na szczęście nikt z rodziny w pracy nie dzwoni... ;)

ale kurcze obserwuję to od baaardzo dawna.
i u siebie oczywiście też to widziałam.
to, że w pracy mogę być zajebiście wyluzowana wcale nie sprawi, że do tematu porozrzucanych brudnych skarpet podejdę w domu na luzie.
to, że potrafię śmiać się ze swoich cech charakteru w robocie, wcale nie oznacza że będę tolerować jakiekolwiek krytyczne uwagi pod moim adresem w domu.
to, że w pracy opowiadam jaką to mam cudowną i zaradną żonę, wcale nie sprawi że ją w domu pochwalę, docenię.
to, że w pracy chętnie pomogę wszystkim z ich obowiązkami, wcale nie sprawi, że pojadę jęczącej matce pomóc umyć okna.
i tak dalej...

i zaczęłam się zastanawiać.
jak to kurna jest, że w pracy potrafimy budować te relacje dobrze, a w domach one jakoś kuleją?
wszystkie moje pracowe koleżanki marudzą, że małżeństwo to był błąd, faceci jadą na żony i/lub teściowe, singielki obrabiają dupę matkom, albo kochankom.
masakra.
 
bo te pracowe związki to są przecież prawdziwe relacje. spędzamy w fabrykach minimum 1/3 doby dziennie! jeśli nie liczyć snu, w domu z drugim człowiekiem zwykle spędza się mniej czasu niż ze współfabrykantami. a w mojej fabryce ludzie pracują razem od 8, 12 lat... i zazwyczaj nie ma wielkich tarć. jasne, czasami nie pasują nam poszczególne jednostki, albo szef jest palantem i jakoś musimy to znosić. ale relacje w miażdżącej przewadze są poprawne.

a znam bardzo niewiele osób, które nie narzekają na swoich partnerów, matki, kochanki, czy sąsiadki...
co jest kurna grane? co z nami?!?

myślicie, że chodzi o reguły, które sobie narzucamy w pracy?
o bardzo jasne postawienie granic?
o to, że ktoś nam płaci za wykonywane obowiązki i wszyscy gramy do jednej bramki, a w domu raz że nie płacą, to nie doceniają, nie rozumieją i jeszcze często jest konflikt interesów?
o co kurcze chodzi...

i nawet nie mówię już o świeżych tatusiach, którzy są łasi na nadgodziny, bo trochę kasy wpadnie i nie trzeba do wyjącego decybela do domu za wcześnie wracać.
ani o samotnych, których życie toczy się tylko w fabryce i umiera po 17-tej.
chodzi o tych wszystkich, którzy mają w teorii swoich bliskich w domach, ale ci bliscy są im cholernie dalecy... w czasie gdy ci dalecy ludzie z roboty, stają się tacy bliscy...

wyć mi się chce, jak to wszystko stoi na głowie.
ale może tylko w mojej głowie i tylko z okazji cudownego księżyca za oknem. do księżyca podobnież można wyć bez powodu ;)


23:26, jolinda
Link Komentarze (8) »
czwartek, 13 października 2011
nieszczęście kołem się toczy

wychodzę z pracy.
plan jest. szybko do domu, potem zakupy, znajomi, kino, wino.
ale na początek trzeba zdjąć samochód z półki garażowej, a później wykorzystując zjawisko osmozy wślizgnąć się do środka (bo na rzeczonej półce drzwi uchylają się na 9cm), dojechać do domu, wyskoczyć ze szpilek i kiecki, która przez cały dzień zmusza mnie do utrzymywania pozycji ciała, jakbym kij połknęła... i już. można zacząć żyć.
jadę. muza. plan.
i nagle słyszę, że ktoś klaszcze. miarowo, ale nie do rytmu z radia.

zatrzymuję się węsząc przebitą oponę.
no niestety :(
i zanim jeszcze zdążę pomyśleć o opracowywaniu planu ratunkowego, zaczyna padać.
LAĆ.
a przed chwilą słońce, nie?
no ale teraz już leje.
biednemu wiatr w oczy ;)
całkiem wtem uświadamiam sobie, że na zewnątrz temperatury nie reguluje się pokrętłem przy klimatyzacji i że jest kurewsko zimno... a ja bez kurtki, nie? bo po co. przecież poruszam się na trasie garaż-garaż. czasami zajeżdżam na zakupy, ale przecież w centrach handlowych też są garaże.
no więc deszcz, zimno, ja bez kurtki, w kiecce uniemożliwiającej chociażby ukłon nie mówiąc o zmachaniu się klęcząc przy wymianie koła. do tego oczywiście szpilki... wilki też by się znalazły, bo gdyż rzecz się dzieje na pradze, której nie ogarniam i której się troszku boję.

wsiadłam do auta i boleśnie sobie zdałam sprawę, że mam wiele gadżetów zastępujące mi realne życie... a bez nich jestem niemal bezradna, jak dziecko we mgle.
bez samochodu nie potrafię się poruszać po mieście. bez telefonu nie wiedziałabym nawet w którą stronę mam iść, żeby szukać przystanku. bez układu garaż-garaż moją kieckę i szpileczki natychmiast zamieniłabym na kozaki, kufajkę i dżinsy.
wlazłam do samochodu licząc na to, że zaraz wpadnie mi do głowy cudowne rozwiązanie problemu. otóż nic takiego się nie wydarzyło... dziwne, nie? ;)

rozwiązanie przyszło dopiero wtedy, gdy zdjęłam te cholerne szpilki i zamieniłam je na trampki, które wożę ze sobą w torbie przygotowanej na siłkę. oraz gdy otuliłam się kocem, który wożę w bagażniku dla psa, bo kiecka nieprzyjemnie zaczęła się kleić do ciała no i jakby to nie środek lata.
zabrałam się za grzebanie w bagażniku w poszukiwaniu podnośnika i zapasówki.
musiałam wyglądać dość żałośnie, bo nagle znaleźli się chętni do pomocy. niemal casting musiałam robić na pana, który będzie mógł się zająć niesieniem mi pomocy ;)

ale jak byłam odpieprzona i ogarnięta z dokładnie tak samo dziurawym kołem, to nikt się nie zainteresował.

i wszystko skończyło się dobrze, bo zawsze znajdzie się facet, który pomoże. zwłaszcza, jak mu się zapłaci ;)
ale dostałam nauczkę od życia.

warto mieć kurtkę w samochodzie, nawet jak się nie planuje wyściubić z niego nosa.
warto mieć pieniądze w odpowiednich nominałach przy sobie. karta nie sprawdza się, gdy trzeba "nagle" podziękować za przysługę, a płatności w naturze nie zawsze są... khem... akceptowa(l)ne ;)
w sytuacjach kryzysowych warto wyglądać jak zmokłe psie gówno, bo ludzie chętniej pomagają tym, którzy mają gorzej od nich i tym którzy wyglądają na bezradnych...
no, albo trzeba umieć sprzedać swoje nieszczęście - myślę, że scenka z łapaniem się za głowę, rozmazany makijaż i głośny ryk JAK JA BIEDNA MAM SOBIE PORADZIĆ też by dała radę... ;)

14:43, jolinda
Link Komentarze (8) »
środa, 28 września 2011
fabryczne palpitacje
moja nowa fabryka, prócz tego, że mi płaci, oferuje mi wiele rozrywek i uciech.
może nie jeździmy się integrować do turcji, jak z poprzednim korpo (buuu), ale są inne bonusy ;)
np. nie muszę korzystać z kawomatu rano.
unikam kolejek w kuchni, głupich gadek o pogodzie i o tym, że jest źle panie, a będzie jeszcze gorzej i jezusmaria po ile ten frank i co robić, jak żyć.
unikam lustracji garderoby, butów, wpisywania się w trendy i ploteczek ze świata mody, na który mnie nie stać (piętro dzielę z redakcją luksusowego pisma modowego).
unikam narzekania, że z lodówki śmierdzi, nie ma czystych kubków, a używanie jednorazowych ręczników papierowych powinno być zabronione ustawą.
no unikam całego tego porannego cyrku.
dlaczegóż?
otóż dlategóż, że mam w fabryce miejsce parkingowe. taki bonus niewymierny, ale uszczęśliwiający.
ale każdy kij ma dwa końce.
moje miejsce jest na tak zwanej platformie. w praktyce na jednym miejscu parkingowym w dość wysokiej hali mogą parkować dwa auta. aaaale pewnym kosztem.
koszt ten to moje zdrowie psychiczne na ten przykład.
bo wjechanie na tę platformę to pikuś. jak już się dwa-trzy razy obetrze samochód, to się człowiek uczy, gdzie i kiedy jej niebezpieczne części niewidoczne w lusterkach atakują karoserię ;)
ale ten odgłos...
jakby się podkutym rumakiem próbowało wskoczyć na metalowe rusztowanie przy 100km/h.
no wszystko się chybocze i huczy, jakby najprzepioruniastsza ze wszystkich burz przetaczała się właśnie nad głową.
a potem trzeba wysiąść.
wyciskając się przez szparę drzwiową i szorując kiecką po karoserii, bo komuś się zachciało 3-drzwiowego samochodu. no ale przynajmniej dbam o to, żeby mieć w miarę czysty samochód... nie? a potem to już siup-hyc-bęc przesmykiem między jednym samochodem, a drugim. w szpileczkach zejść po pochylni zrobionej z drutu i dziur.

jak kończę tę procedurę co rano, to jestem tak spocona i zmęczona, że niemal nic nie jest w stanie mnie wyprowadzić z równowagi w ciągu dnia.
no dobra, koło 17-tej robię się trochę nerwowa, bo wiem, że procedurę trzeba będzie powtórzyć. z tym, że wstecznie...

no więc schodzę sobie, proszę ja was, po całym dniu pracy do garażu, szykując się do pokonania pochylni niczym rącza gazela.
opuszczam samochód z górnej platformy, co zajmuje mi jedyne 7 i pół minuty w czasie których śpiewam pod nosem 8 zwrotek "old mcdonald had a farm" iiiiii....
oczom mym ukazuje się wizytówka zatknięta za tylną wycieraczkę mego samochodu.
se myślę - noszfak.
se patrzę - nosztaaaak! :)



a to niejaki Manuel z takiego pisemka. może znacie... VOGUE ;)
z portugalii...
myślę se... hmm... czyżby to on był tym kolesiem, którego potrąciłam na przejściu dla pieszych? albo tym, któremu skasowałam samochód na parkingu pod sklepem? albo może tym, który kocha się we mnie potajemnie od lat i nie wiedział jak zagaić? :D

no więc biorę wizytówkę i piszę do Manuela, że o co cho.
ale wizję już mam.
ja i on w radosnym pląsie na lekkim winnym haju w Lizbonie.
on i ja na podziurawionej kulami i zaszytej modnymi klubami warszawskiej pradze.
nasze dzieci, psy, koty, chomiki i dwa lemury w ogrodzie przy przepięknym domu w alzacji...
no więc kilka szczegółów już miałam w głowie.
ale postanowiłam jednak napisać maila, zamiast spakować się i jechać do redakcji pisma, w którym pracuje.
że o co cho i że dlaczego tyle czekał z ujawnieniem swojej miłości :)))

a ten dupek mi pisze, że nigdy nie był w polsce.
macie kurna pojęcie?!?
tylko tyle. że to śmieszne, bo on nigdy nie był w polsce....
co za tupet.
skąd się biorą tacy faceci...?!?
FOSZEK ;)))))

22:52, jolinda
Link Komentarze (14) »
sobota, 24 września 2011
przeprowadzka

przeprowadzka, to nowe.
nowe jest fajne.
ale nowe powstaje w bólu, wiadomo.

zanim nowe miejsce stanie się TWOIM miejscem, trzeba wydać pierdyliard złotówek oraz namęczyć się bardziej niż augiasz przy sprzątaniu jednej dość zapuszczonej miejscówki.

już niby poczułam się jak u siebie, nie?
już mam gdzie postawić wszystkie 87 par butów, już mam gdzie hałdę t-shirtów schować, już niemal nie mieszkam na kartonach.
jest dobrze.
ale wtedy postanawiam włączyć pranie.
pikuś.
niestety okazuje się, że nie każda pralka podłączona jest do rury odpływowej.
łazienka płynie.
czas również.

kot NAGLE bardzo musiał skorzystać z kuwety. natentychmiast.
zamiast użyć małego kajaka, postanowił się przeprawić wpław. kilka razy. a następnie roznieść wodę po całym mieszkaniu, bo dlaczego niby miałby tego nie zrobić.

noooo...
zonk. memo to self: pamiętać o przełożeniu do zlewu rury odprowadzającej wodę z pralki PRZED włączeniem prania.

trzeba też pamiętać, że mimo iż się mieszka w takim miejscu, gdzie nikt w okna nie zagląda, warto zachować minimum ostrożności...
dzisiaj rano gdy śniło mi się, że zasypiam po 15 drinku na słonecznej plaży, a masażysta jest baaaardzo przystojny i zaczyna być lekko nieprzyzwoity, otworzyłam oko i okazało się, że to nagłe schowanie się za chmurę słońca, to nic innego tylko cień balona. takiego balona z koszem. z ludźmi.
a ja z gołą (niemal) dupą i zero szmat w oknach. a panowie w koszu o dwa metry od okna. wiszą.
na szczęście zajęci byli podsycaniem płomienia :)

nowe jest trudne.
tak trudne, że kot nie zdołał się utrzymać na gzymsie o szerokości pół metra i się był radośnie spieprzył z 3 piętra w dół...
nie pytajcie jak.
ani czy da się zabezpieczyć.
owszem da się - jak mu wszystkie łapy poprzetrącam i nie będzie mógł chodzić... :(
ale jest jak jest i się spieprzył.
nic mu nie jest, jedyna zmiana to lekki strach przed nagłymi hałasami... balony za oknem mu nie służą - strasznie hałasują gdy są odpompowywane, ale jeśli chodzi o tę nowość, to chyba za chwilę nie będzie kłopotu...

szkoda, że balony odfruną, kaczki i bociany też, nawet babie lato... a syf jednak zostanie.
20:58, jolinda
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 05 września 2011
bankotok

dzisiaj całkiem przypadkiem w okolicach godziny 16-tej zaparkowałam pod budynkiem banku. nie oddziału, ale banku.
kilka pięter, duża placówka.
ja akurat czekam, nie robię nic konkretnego, ale cała reszta się dzieje.
bo gdyż o 16:02 rozwarły się wrota i z banku wyszło kilkanaście osób.
klonów.
myślę sobie, kuuurcze, jakaś wycieczka może.
delegacja.
panowie w siwych garniturach, lakiery i czerwone krawaty.
lasie w czarnych szpilach, ciemnych prostych spódnicach, jasnych bluzkach i żakietach. włos zrobiony, torba z metką, idą. zadają szyku.
no nic.

ale zaraz potem bank wypluł z siebie drugą porcję dokładnie takich samych mundurowych.
a chwilę później znów...
i znów...
to windy pompowały z wnętrzności budynku pracowników banku.
trwało to może z jakieś 10 minut, a potem nagle pusto. cisza. tylko ochrona została i ja.

ja wiem, że to głupie, ale przykleiłam się do szyby swojego auta na glonojada i patrzyłam z niedowierzaniem na to co widziałam.
rzeka identycznych ludzi. eleganckich, w okolicach 30-tki.
jak zerwani ze smyczy. krawaty w pośpiechu po kieszeniach upychane, włosy rozpuszczane, telefony wyciągane, żakiety zdejmowane...

niesamowite.
i przerażające.

na znak protestu poszłabym jutro do pracy w niby-butach i podwiniętych luźnych spodniach, ale że mam rekrutację, to teges... szpile i ciemna spódnica :(
jak to świat inaczej z zewnątrz potrafi wyglądać niż od śmierdzącego środeczka...

23:02, jolinda
Link Komentarze (4) »
sobota, 03 września 2011
imieniny

jadę wyfiokowana, wylaszczona, wyobcasowana.
do domu.
bo czasami, żeby moi rodzice uwierzyli, że nie mam nadal 16-tu lat, muszę ubrać się jak do pracy.
dżinsy, t-shirt i niby-buty nie dają tego efektu jakoś.
zastanawiałam się nawet kiedyś, czy nie malować sobie ciemną kredką zmarszczek na twarzy, zamiast je maskować pudrem. może zaczęliby mnie traktować poważniej... ale pewnie nawet po 60-tce będę dla nich dzieckiem i będą się zamartwiać, czy sobie w życiu poradzę...
lajf.

no więc jadę do domu.
ubrana, wysztyftowana, z winem w garści.
na imieniny tatencjusza.
bo że niby impreza, jak co roku, którą to mi zresztą ojciec przez telefon kilka dni temu obwieścił.

staję pod bramą. zamknięta.
dzwonię. cisza.
pewnie imprezują w ogrodzie.

spoko-luz, zaskoczę ich.
przełażę przez płot w tych cholernych szpilkach, ale że to średnio wygodne, zdejmuję je. zadzieram kiecę i przełażę na drugą stronę. dobrze, że krzaczory podrosły tak, że RACZEJ nikt mnie nie widział.
otwieram se bramę przyciskiem.
wjeżdżam, parkuję, biegnę do ogrodu.
PUSTO.
se myślę, może za wcześnie przyjechałam, może jeszcze na zakupach, albo coś...
dzwonię.
telefonem, nie dzwonkiem do drzwi, bo drzwi zamknięte.
klucz niby mam, ale w warszawie, więc teges...
dzwonię.
odbiera Mamina.
- oooooo, dziecko sobie o nas przypomniało... proszę, proszę... a właśnie mówiłam tacie, że nic się nie odzywasz i że ciekawe, czy w ogóle żyjesz. bo tak sobie jedziemy, droga dziurawa, bieda straszna, no mówię ci bieda straszna i naprawdę widać jak ten kraj się zmęczył wojną... jakie to wszystko jest okrutne, ludzie tyle lat coś budują, tworzą, a potem ciach, kilka bomb i gruzy. nic nie ma. proch.
- yy... haaalo?
- no halo, halo, słyszę cię. kupiliśmy trochę owoców i sporo słodyczy. także wpadnij koniecznie do nas jutro, naprawdę pierwszej klasy rzeczy, nie spodziewałam się, że w takim miejscu można kupić tak dobre gatunkowo rzeczy i to tak tanio, ale w sumie co się dziwić... przecież tam taka bieda. biedni ludzie, tak ich los doświadczył. zresztą... nas polaków też jakby szczególnie nie oszczędzał i maseczek na dupę nam nie kładł. wszyscy swoje przeszliśmy... ale już się otrząsnęliśmy, a oni tam niestety jeszcze trwają w tym marazmie, żyją w nędzy, na nic im nie starcza, państwo nie pomaga, no dramat dziecko, mówię ci dramat...
- MAAAMEK!
- co?!
- gdzie jesteście?!?
- w samochodzie... yyy... no w drodze, a gdzie mamy być?!?
- w domu?!?
- w domu to my dziecko będziemy jutro. najwcześniej. o ile ojciec nie zaśnie za kółkiem i nas nie rozwali... ty wiesz, że on jak do niego nie gadam, to normalnie jakby spał. NIC nie mówi. nic. a przecież jak człowiek jest zdrowy, to musi mówić. no musi, czy nie musi? musi przecież. muszę go ciągle zagadywać, bo inaczej dawno byśmy już skończyli w rowie...
- taaaa... a ja stoję pod bramą, miała być przecież impreza imieninowa taty...?!
- oj no może i miała, ale plany się zmieniły. nie bądź taka drobiazgowa, w kalendarz się nie wpisywałaś przecież, prawda? wracamy jutro, a jak już tam jesteś, to nakarm ryby i urwij sobie astrów do wazonu. i dzwoń częściej dziecko, dzwoń... matka z ojcem w ogóle nie wiedzą, co u ciebie słychać...

kurna.
jak ja mam być normalna, jak mam taką matkę...?

memo to self:
zacząć _umawiać_ spotkania z rodzicami i wrzucać je do kalendarza spotkań.

grrrr...

19:36, jolinda
Link Komentarze (5) »
piątek, 02 września 2011
mycie zębów

nakładam sobie pastę na szczotkę do zębów.
niebieską.
resztkówkę, więc wyciskam z tubki nadymając się.
kot siedzi na rancie umywalki (uprawiając sowizm) i się przygląda.
oczami jak spodki.
wycisnęłam dużą, bo ostatnią porcję.
schylam się, żeby wyrzucić opakowanie po paście.
i wtedy czas zwalnia.
kot z prędkością światła paca niebieską maź na szczoteczce.
szczoteczka wypada mi z ręki, a podbita kocią łapą pięknym ruchem obrotowym spada mi we włosy, a później na jasny sweterek.
kot przerażony, że mu się coś do łapy przykleiło włączył trzecią kosmiczną i zrobił rundkę po wszystkich sprzętach w łazience. białych sprzętach. a następnie spieprzył do salonu. zahaczając o kuchnię, hol i sypialnię.

no więc muszę Wam powiedzieć, że ta pasta jest zajebiście wydajna.
producent nie kłamał.
wystarczyło na moje ciuchy, włosy, umazanie toalety, pralki, suszarki, manekina, pościeli, parkietu, blatów w kuchni i dwóch kanap.

JA PIERRRRRDYLĘ.....

pasty zostało mi niewiele, więc mycie paszczęki było raczej średnio przyjemne.
za to w mieszkaniu pachniało, jakbym się w tej paście co najmniej wytarzała...
efekt odświeżenia idealny. chociaż trochę inside-out.

ktoś może chce przygarnąć kota?
prawie nieużywany...
10:12, jolinda
Link Komentarze (14) »
czwartek, 04 sierpnia 2011
związki pierdziąski...

jeśli faceci są z marsa, to niech tam wracają... KURNA.
a laski niech se wenusują, tańczą nago przy świetle księżyca, nacierają się boczkiem (jak lubią) i objadają czekoladą.
niech każda ze stron ma swoje fobie, uprzedzenia, jazdy.. śmiało. tylko OSOBNO, żeby nie zadręczać tej drugiej strony...

naprawdę, czasami jestem przekonana, że tak byłoby wszystkim lepiej.

bo po co się męczyć? flaki wypruwać? żyły otwierać? krew w piach wylewać?
w imię czego?
przedłużenia gatunku? c'mon...
dobrej zabawy? oł rili? gierki to nie zabawa...
bezpieczeństwa? no ja nie wiem, czy fruwające noże i błyskawice to jest bezpieczne otoczenie do życia...

naprawdę.
na co te związki są w zasadzie.
na psa urok chyba...
do czego to jest podobne?
do psiej kity?
kto to wymyślił i dlaczego chciał dokopać obu stronom na raz?!

ja wiem, że razem źle, a osobno jeszcze gorzej. ale kurna, wolę już chyba cierpieć sama ze sobą, bo siebie MUSZĘ tolerować. jakoś. niż cierpieć w parze. a wcale jakoś nie jest mi raźniej...

tylko trzeba sobie lustro do picia z zanabyć.

argh.

14:11, jolinda
Link Komentarze (11) »
czwartek, 28 lipca 2011
tumiwisizm

jadę samochodem, deszcz siąpi, radio skrzeczy, a podana dożylnie kofeina próbuje bezskutecznie odpalić zaspany rozrusznik serca...
zatrzymuję się na światłach, w lusterku widzę nadciągający samochód, który wlecze coś po asfalcie. wygląda jak rozpruty stwór, któremu wypadły wnętrzności.
się zmuszam do uśmiechu firmowego nr 6, opuszczam szybę, na moje machanie koleś z rozprutego auta robi to samo.
- coś panu pod samochodem wisi.
- CO?!? nic nie słyszę...!
- COŚ PANU WISI!
- aa, wszystko mi wisi droga pani, całe życie...
09:57, jolinda
Link Komentarze (7) »
środa, 27 lipca 2011
z placu boju

ja wiem, że dyskryminacja rasowa to prawdziwe zło, ale musiałam.
po prostu musiałam.
rozdzieliłam pokoje, segregacja po gatunkach.
i co? złe dobrego początki!
bo ranem wszyscy wyspani w mrukach i podskokach.
pies na spacer, kot na tur po psich zabawkach i miskach. jeszcze chwila i byłoby dobrze...
jednakowoż po powrocie ze spaceru pies nakrył kota na obgryzaniu jego kości. to się musiało skończyć burą... :-/

dzień mimo wszystko zakończony sukcesem:
liczba sprawnych włochatych kopyt: 8
parkiet: nie wymaga wymiany
kwiaty doniczkowe: stan bez zmian
sprawne kwiaty doniczkowe: -1



a jak sobie człowiek przypomni, że oba sierście są mięsożerne, to zbliżenia i socjalizacja jakoś lepiej wychodzi.
Pruma była gotowa nie tylko zostawić kota w spokoju, ale też zatańczyć na przedniej łapie i robić fikołki w tył za kawałek krwistej wołowinki.
Kotex był w stanie podejść do paszczy potwora i zjeść z łapy bydlaka kawałek mięsa...
i tak oto się tresujemy.
na zdjęciu nastroje trochę opadły wraz z końcem krowy i przestawieniem się na serca kurze, ale i tak jestem dumna z futrzaków, bo przynajmniej na czas robienia zdjęcia trzymały fason ;)

13:17, jolinda
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 25 lipca 2011
jak pies z kotem

pierwsza noc za nami.
no więc nie było romantycznie.
a po wszystkim nikt nie obsypał nikogo pocałunkami. nie wspominając o podaniu kawy do łóżka... :(

niestety, pierwsza noc kota i psa pod jednym dachem przebiegła dość dramatycznie.

kot chciał spać w łóżku... no raczej.
czego niestety nie popierała psia rura, bo jeśli kot w łóżku, to pies też. że niby parytety.
no więc oba sierście out.
na co każdy zareagował jak potrafił, czyli kot miauczeniem, pies szczekaniem, a ja znanym zaklęciem CICHOKURWA od którego jednak wcale nie zrobiło się ciszej.

rano nastąpiła niezwykła komunia dusz. wszyscy zgodnie, niezależnie od ilości sierści na twarzoczaszkach, warczeliśmy na siebie z niewyspania :(

dzisiaj każde żywe stworzenie śpi w osobnym pokoju, zamkniętym na klucz.
arghh...
jeśli oczywiście zostaną jeszcze jakieś drzwi i pokoje do zamykania, bo oto mija 5 godzina, gdy sierście zostały razem pod jednym dachem...
14:07, jolinda
Link Komentarze (25) »
wskrzeszenie
no to spróbujmy, czy jeszcze potrafię... :)
napisać coś, niekoniecznie z sensem, ale dla przyjemności. własnej i czytaczy.
wróciłam, bo jak wiadomo, z grafomaństwa się nie wyrasta :( i taaaak, zamierzam i siebie i Was pomęczyć nową odsłoną Blogusa.

naprawdę chciałam nadać jakąś nową, chwytliwą nazwę temu blogowi, ale wszystko, co ludzkie nie jest obce nie tylko mnie, ale i tysiącom blogerów... :( a zatem - stara-nowa nazwa i stara-nowa skórka.
jak w domu, nie?
no nie...

 3... 2... 1...
Blogus is back! :)

Troszkę się nawet cieszę, ale w życiu się do tego nie przyznam... ;)

11:54, jolinda
Link Komentarze (13) »